IV: Niewidzialny wróg
Kayla chciała naiwnie wierzyć, że skoro stała się postacią z gry, nie będzie mogła odnieść obrażeń fizycznych, jednak te wątpliwości zostały szybko rozwiane, gdy Anemone natarła na nią ze sztyletem.
Na szczęście zdążyła odskoczyć i została tylko lekko zadrapana w ramię, ale syknęła z niezadowoleniem.
– Może jednak powinnam była założyć tamtą zbroję…
– Ka-... Blaze! – zawołał Rin, który szybko uznał, że lepiej nie zdradzać ich tożsamości, po czym sam uniknął ataku Anemone. – Uch, jesteś tak samo denerwująca jak w grze!
Anemone parsknęła śmiechem.
– Chcesz powiedzieć, że w grze jeszcze mnie nie pokonałeś? Zmartwię cię, w tym świecie jestem dużo silniejsza. Nie ogranicza mnie żaden limit poziomu nałożony na mnie przez twórców! – oznajmiła dumnie, prężac się w powietrzu.
– Świetnie… – wycedził przez zęby, chowając się przed kolejnym atakiem.
Sylwetka ich przeciwniczki migała w różnych miejscach, by co jakiś czas zadrapać ich ostrzem, gdy nie udało im się uchylić przed atakiem. Cięcia sztyletem nie były głębokie, ale z pewnością denerwujące i bolesne.
Rin pragnął gdzieś się schować i obmyślić strategię z ukrycia, jednak nie mógł przebić się przez fruwającą w kółko Anemone, by wykonać choć jeden krok do przodu. Rozglądał się gorączkowo dookoła, próbując znaleźć drogę ucieczki. Skupił się, by przywołać kolejnego wodnego pomocnika, jednak albo był zbyt daleko od fontanny, albo musiał odczekać, zanim zrobi to ponownie – nic się nie stało.
Kayla natomiast czuła się, jakby jej mózg miał za chwilę eksplodować pod wpływem tylu bodźców. W którą stronę się nie ruszyła, tam zatrzymywała ją Anemone, dźgając sztyletem jak igłą.
– Trzymajcie się, próbujemy zwiększyć waszą obronę! – usłyszeli głos Ha-yun, wyraźnie usiłującej zachować spokój. – Powinni ją już mieć, nie rozumiem… – dodała pod nosem, a potem jej głos nagle się urwał, jak gdyby tego zdania nie mieli już usłyszeć.
Gniew wezbrał w Kayli. Miała ochotę złapać się za głowę i krzyczeć, ale zamiast tego postanowiła wykorzystać te emocje jako oliwa do ognia. Dosłownie. Skupiła całą swoją złość w sobie, wyobrażając sobie, jak zbiera się w ognistą kulę i rośnie w jej wnętrzu. Czuła narastające ciepło w swoim ciele.
– Ognista zasłona! – wrzasnęła, rozkładając ręce.
Ściana ognia wyrosła tuż przed nią, odcinając Anemone od kolejnego ataku. Zaskoczona, że jej się udało, uśmiechnęła się szeroko, gdy usłyszała, jak jej przeciwniczka pisnęła z bólu.
Ogień rozmył się w powietrzu i zobaczyła, jak Anemone zawisła kilka metrów od nich, trzymając się za lekko poczerwieniałą dłoń ze sztyletem. Rin podbiegł do Kayli, uśmiechając się dziarsko.
– Och, biedactwo, musisz szybko włożyć rękę pod bieżącą wodę! Pomogę ci – zawołał, znajdując się bliżej fontanny. – Twoja kolej, Tsunami!
Nie był pewny, czy to zadziała – w grze miał za niski poziom, by nauczyć się tej umiejętności, ale chciał zaryzykować, skoro Anemone również potrafiła więcej niż na ekranie. Zamarł, gdy nic się nie wydarzyło.
– Hm, musisz popracować nad tymi swoimi pomagierami… – zakpiła Anemone, odzyskując pewność siebie. – Poradzę sobie bez ciebie.
Sfrunęła prosto obok fontanny, by zanurzyć poparzoną rękę w wodzie, gdy nagle plac lekko się zatrząsł. Anemone zasyczała, gwałtownie wyjmując rękę, jak gdyby ją sparzyła. Woda w fontannie zabulgotała, a po chwili wystrzeliła z niej młoda dziewczyna w sukience z krótkim rękawem i falowanymi włosami – oczywiście cała uformowana z wody. Uśmiechnęła się zadziornie.
– Tsunami! – zawołał rozpromieniony Rin, lecz ta uniosła rękę, przerywając mu.
– Chwila, panie, mam tu kogoś do pokonania! – odrzekła dziewczęcym głosem, który podobnie jak głos Drip-Dropa rozlegał się lekkim echem.
Zaraz potem uniosła ręce i stworzyła ogromną falę, wnikając w wodę tak, że z fali wystawała teraz tylko jej głowa. Anemone ścisnęła sztylet i ruszyła do ataku. Stosowała swoją typową strategię – pojawianie się i znikanie – lecz Tsunami otoczyła ją wodną falą, co ograniczało jej możliwości poruszania się. Wkrótce unieruchomiła ją na dobre, wynurzyła obie ręce z wody i płynnym ruchem opuściła je, tym samym zalewając swoją przeciwniczkę potężną falą. Rin chwycił Kaylę za rękę i odbiegł z nią nieco dalej, podczas gdy woda rozbryzgała się po placu.
– Wow… – Kayla wydała zduszony okrzyk. – To było coś.
Ścisnęła jego dłoń, nie odrywając wzroku od Tsunami, co uświadomiło mu, że wciąż ją trzymał. Poczuł ciepło na policzkach i mimowolnie się uśmiechnął.
Anemone spłynęła na bruk, cała przemoczona i ociężała pod wpływem ataku, a Tsunami zawirowała w powietrzu i zniknęła. Kayla poczuła, jak dłoń Rina robi się zimna i wiotczeje w dotyku. Nie zdążyła spytać, czy wszystko w porządku, zanim opadł bezsilnie w jej ramiona. Oddychał ciężko.
– O matko, co ci się dzieje?! – zawołała z niepokojem. Był blady.
– N-nie wiem, chyba… chyba ten atak mnie wykończył. Już mi lepiej! – odparł i spróbował stanąć na równe nogi, ale się zachwiał. Kayla złapała go, nim runął na beton.
– Zużyłeś więcej mocy, niż byłeś w stanie – usłyszał Ha-yun i poczuł wściekłość. – Zaraz dodamy ci punktów witalności…
– Nie! – wrzasnął w odwecie. – Powinniście tu już być! Na razie nic nie zrobiliście, a my mogliśmy umrzeć!
Wtedy poczuł przypływ siły i ze zdziwienia aż się wyprostował. Kayla również czuła się o wiele lepiej.
– Trochę zaufania… Wiem, że to beznadziejna sytuacja i my też się dopiero uczymy, jak to działa… ale poradziliście sobie świetnie!
– Chwila… – odezwała się Anemone.
Oczy miała pełne jadu, mokre włosy oklapły jej żałośnie, a makijaż spływał jej po twarzy. Mimo to podniosła się i znów obdarzyła ich kpiącym uśmiechem.
– Chyba mnie nie doceniacie. Powiedziałam przecież, że nie ograniczają mnie tu żadne zasady gry.
Zaraz potem rozpłynęła się w powietrzu, dając Rinowi i Kayli zaledwie kilka sekund, zanim znów przystąpiła do ataku. Tym razem jednak nie pojawiła się, gdy zadała im parę dźgnięć sztyletem – walczyła jako zupełnie niewidzialna. Ledwie słyszeli, jak ze świstem przemieszczała się wokół nich lub chichotała z różnych odległości.
Kayla spróbowała ich obronić, wystrzeliwując pojedyncze słupy ognia w kilku miejscach, jednak ciężko było się domyślić, gdzie właściwie powinna celować.
– Uważaj, gdzie wywołujesz ogień, nie chcemy tu kolejnego pożaru! – poprosił Rin, widocznie przytłoczony zaistniałą sytuacją.
– Jak jesteś taki mądry, to powiedz, gdzie mam celować! – zaperzyła się Kayla, strzelając po omacku. Specjalnie strzelała ogniem do góry w wąskich wiązkach, by nie pozwolić mu się rozprzestrzenić.
– Celuj, gdzie tylko ci się wydaje! – zaśmiała się Anemone, przemieszczając się na tyle szybko, że nie sposób było stwierdzić, skąd właściwie dobiegał jej głos. – Pożar będzie idealny, tylko pomożesz mi zniszczyć to miejsce szybciej!
Myśli Rina gnały jak szalone. Anemone właśnie tego chce – zniszczenia tego miejsca, nie bezpośrednio pokonania ich. Nie obchodzi jej, jak to się stanie, ważne, by budynek runął. Jednocześnie nie mogli zbytnio się oddalić, bo bez dostępu do wody Rin nie mógł przyzwać duchów, a w dodatku zostali otoczeni barierą, by nie spowodować więcej zniszczeń i nie wciągnąć do walki cywilów. Rin zmarszczył czoło. „Skoro pani Gim jest taka zdolna, mogła przecież stworzyć barierę, by odciąć Anemone od budynku…” – pomyślał z irytacją. Najchętniej znów przyzwałby Tsunami, której udało się chociaż ograniczyć ruchy Anemone, ale wolał nie ryzykować ponownym nadwerężeniem swojej mocy, a poza tym jej główną mocą był silny atak, nie spowolnienie ruchów przeciwnika.
Kayla najwidoczniej myślała podobnie, bo starała się wystrzelić kilka słupów ognia naraz, by przyszpilić Anemone do wąskiej przestrzeni. Krople potu zaczęły spływać jej po twarzy, gdy czuła, że powielone ataki wiele ją kosztują. W każdy wkładała maksimum swojej złości i siły, choć wiedziała, że długo tak nie wytrzyma. W końcu postanowiła wywołać kolejną ścianę ognia, by zaraz potem chwycić Rina za ramię i pociągnąć go na bok.
– Pierścień ognia! – krzyknęła, otaczając ich ogniem.
Rin wzdrygnął się, czując narastające ciepło i mimo że płomienie były od nich dość daleko, czuł się bardzo niekomfortowo.
– Musimy ją jakoś spowolnić, by zadać mocny cios, po którym się nie podniesie – wydyszała Kayla. – Chyba już wyczułam, jak wkładać siłę w atak, ale wiele takich nie zadam… jestem wykończona.
– Racja, powinniśmy bardziej rozłożyć siły – przyznał Rin, przyglądając jej się ze zmartwieniem. – Spróbuję ją spowolnić i zmęczyć, a ty w tym czasie nabierz sił i ją zaatakuj. Na razie się rozdzielmy, żeby sama trochę się zmęczyła bieganiem od jednego do drugiego.
Kayla skinęła głową i rozproszyła ogień wokół nich z ciężkim oddechem. Dała sobie chwilę na zebranie sił, po czym oboje odskoczyli w przeciwne strony, a w miejscu, gdzie przedtem stali, rozległo się tupnięcie i świst ostrza. Uniknęli ataku w ostatniej chwili.
Rin ponownie natarł na fontannę, a Kayla westchnęła ze zmęczenia. Czuła lekkie zawroty głowy, ale pobiegła przed siebie, licząc, że Anemone nabierze się na gonienie ich na przemian.
– Hej, młoda – nagle usłyszała w myślach kobiecy głos, który zdecydowanie nie należał do Ha-yun. Doskonale go rozpoznała. – Jeśli chcesz być jak ja, przypomnij sobie, co zwykle robię z ogniem.
Przystanęła na chwilę jak wryta, nie wierząc temu, co słyszała, jednak był to błąd, bo zaraz potem poczuła kolejne draśnięcie sztyletem na ramieniu. Syknęła cicho i znów ruszyła do biegu. Głos, który słyszała, na pewno należał do Blaze. Brzmiała identycznie jak aktorka użyczająca jej głosu w grze.
– Tańczysz! – odpowiedziała jej Kayla, przebiegając obok Rina, który wyraźnie się zdziwił.
– Co? N-nie, przyzywam Drip-Dropa! – odkrzyknął, gdy już odbiegła.
– Zgadza się – odpowiedziała Blaze. – I nie musisz mówić na głos, doskonale słyszę twoje myśli, koleżanko.
Kayla nie była pewna, czy cieszyć się z tej informacji, jednak ten wdzięczny kokieteryjny głos dodał jej otuchy.
– Nie skupiaj się na pojedynczym silnym ataku. Nie potrzebujesz dużo siły, potrzebujesz zwinności i szybkości – ciągnęła, jakby nieco rozbawiona. – Niech ogień będzie twoim partnerem, niech idzie za tobą krok w krok. Prowadź go. Wkrótce i twoja przeciwniczka będzie musiała z tobą zatańczyć, ale to ty będziesz kontrolować jej ruchy.
Brzmiało to pokrzepiająco, choć Kayla niezbyt wiedziała, jak miała tego dokonać. Musiała jednak spróbować, by się nie wykończyć. Rozluźniła mięśnie i zawróciła. Nigdy nie uczyła się tańczyć, więc to będzie jej własny układ. Chyba właśnie o to chodziło Blaze.
Zaczęła skakać slalomem, przemieszczając się głównie na palcach i poruszając rękami swobodnie, co jakiś czas wywołując wstęgę ognia. Nie, ogień też powinien z nią tańczyć… skupiła się, by przywołać go do siebie na dłużej i zaczynało jej wychodzić.
W tym samym czasie Rin obserwował ją zbyt długo, bo złapał się na tym, że to przecież to on miał zmęczyć Anemone, a zamiast tego stał i podziwiał nową technikę Kayli. Musiał przyznać, że dość szybko zaaklimatyzowała się z nowymi mocami, jak gdyby urodziła się do tańczenia z ogniem. W ogóle nie bała się potencjalnego oparzenia.
Rin nie czuł, by złapał z duchami dobry kontakt. Sam nie do końca wiedział, czego właściwie od nich chciał, a one wyczekiwały rozkazów. Nie lubił rozkazywać innym, więc nieswojo mu było wykrzykiwać komendy. Najchętniej wezwałby wszystkich naraz i krzyknąłby: ogarnijcie to za mnie!
Był jeszcze jeden pomocnik, którego dotąd nie przyzwał. Mógłby właściwie pomóc w spowolnieniu Anemone, ale… jego moc to przecież smutek. Czy potrzebowali w tej sytuacji smutku?
– Nie zastanawiaj się tyle – usłyszał dobrze mu znajomy, głęboki męski głos. – Na polu bitwy nie masz na to czasu. Działaj zdecydowanie. Duchy ci pomogą, po to właśnie je stworzyłem. Jesteś na nie wrażliwy, traktujesz je jak istoty równe sobie – i dobrze, zdecydowanie to nie twoi niewolnicy. Ale musisz do tego jeszcze działać bardziej stanowczo. Bądź ich przewodnikiem.
W tym głosie rozpoznał Raina. Miał ochotę zadać mu tyle pytań, ale skupił się na tym, co mu powiedział. Nie było czasu na rozmowy, trzeba było działać.
– Tearodore, pojaw się! – zawołał.
Zaraz potem z wody uformowała się sylwetka wysokiego mężczyzny z połową twarzy przykrytą przez włosy i ze łzą na policzku. Wykrzywił się w grymasie.
– Przyzywasz mnie na końcu, co? – prychnął wodnistym głosem. – No tak, nikt nigdy nie chce być smutny. Jestem w końcu niechciany i nielubiany, tylko innym przeszkadzam i nie mogę pomóc, tak?
– W-wybacz… wcale tak nie sądzę, bardzo przydałaby mi się twoja pomoc – speszył się Rin, czując wyrzuty sumienia.
– Jest ci teraz przykro, co? I dobrze. Nie doceniłeś mnie.
– Tak… Ale błagam, pomóż nam! Niech to Anemone będzie przykro, że w ogóle z nami zadarła!
Tearodore nie wyglądał na przekonanego, jednak po chwili rozejrzał się i zmarszczył nos.
– Ukrywasz się, tak? – zakpił. – Możesz sobie używać tej swojej mocy niewidzialności, ale przed smutkiem nie uciekniesz! Ja cię doskonale widzę.
W Rinie wezbrała nadzieja, a Kayla aż przystanęła w pobliżu pełna zaintrygowania, co się zaraz stanie. Tearodore wciągnął głośno powietrze swoim wodnistym nosem… i się rozpłakał.
Jego wycie wprowadziło wszystkich w osłupienie, jednak czego w końcu można było się spodziewać po kimś władającym mocą smutku. Rin był pewny, że duch tylko dokończy swój lament i zaraz zniknie, jednak Tearodore przemówił:
– Uciekanie to przecież całe twoje życie, Anemone… och, jak mi ciebie żal! – szlochał dramatycznie. – Zawsze byłaś dla wszystkich niewidzialna, więc postanowiłaś zostać niewidzialną z wyboru. Paradoksalnie, właśnie wtedy zaczęto cię zauważać…
Rinowi najwyraźniej udzieliło się zawodzenie Tearodore’a, bo sam poczuł żal wobec Anemone. Zapomniał już, że złoczyńcy z VILLAINAR najczęściej byli po prostu smutnymi ludźmi, którzy pogubili się w życiu. Nie usprawiedliwiało to ich czynów, nie przywracało życia tym, którym je odebrali, jednak mogło budzić współczucie wobec tego, co musieli przejść, by znaleźć się mentalnie w takim miejscu. Przynajmniej właśnie tak było w przypadku Rina, zwykle bardzo wrażliwego na emocje innych.
Nagle w powietrzu rozległ się świst, a wodne ramię Tearodore’a na moment rozszczepiło się w pojedyncze kropelki.
– Ej! – żachnął się. – Rozumiem, że jesteś zła… smutek i złość często idą ze sobą w parze. Ale nie rób krzywdy innym! To smutne…
Dobrze znany im szyderczy śmiech rozległ się echem po placu.
– A ty jesteś śmieszny – oznajmiła kpiąco Anemone. – Myślisz, że coś o mnie wiesz? Myślisz, że masz prawo mnie oceniać? Też mi coś! Nie potrzebuję współczucia, marny duchu. Jestem tu, bo tak wybrałam, nie dlatego że byłam samotna. Co za żałosne rozumowanie…
– Żałosne rozumowania to moja specjalność – odrzekł Tearodore, najwyraźniej uznając to za komplement.
Kayla nie mogła uwierzyć, jak w tak krótkim czasie od walki i unikania ciosów przeszli do rozmowy o życiu. Nie sądziła, by rozmowa z Tearodore’em miałaby powstrzymać Anemone, lecz w końcu chodziło im o odwrócenie jej uwagi i obezwładnienie jej. Zaczęła nerwowo rozglądać się po placu, szukając strategicznego miejsca do ataku. Miała nadzieję, że Anemone się nie przemieści.
– Zaraz dopiero poczujesz się żałośnie, gdy z tobą skończę! – zawołała, co Kayla uznała za sygnał do startu.
Tak, jak się spodziewała, Anemone znalazła się bliżej Tearodore’a, więc błyskawicznie popędziła tuż przed niego, krzycząc:
– Pierścień ognia!
Krąg płomieni natychmiast wyrósł przed Kaylą zasłaniającą Tearodore’a. Nie miała pewności, czy jej się udało, jednak nie na długo – Anemone zasyczała z bólu. Zaraz potem jej sylwetka zmaterializowała się z powrotem w ognistym więzieniu. Sukienka jej dymiła.
– Co się stało? Powinnam była wykończyć was jednym ciosem i być już w innym miejscu… – odrzekła, ze zdumieniem rozglądając się dookoła.
Tearodore uśmiechnął się kpiąco.
– Naprawdę myślałaś, że umiem tylko przemawiać? Używam smutku do spowalniania przeciwników. Widzisz, przed smutkiem nie da się uciec. W końcu cię osaczy i skrępuje twoje ruchy.
– Bzdury! Jak tylko ta dziewczynka mnie stąd wypuści, to zobaczycie, że mnie nie doceniliście! Widzę, że biedaczka długo już mnie tu nie utrzyma.
Na nieszczęście Kayli, miała rację. Płomienie powoli opadały, a ona czuła, jak traci nad nimi kontrolę. Była zmęczona.
– Och, nie martw się, pomogę jej – odezwał się Rin. Jego nagła pewność siebie i dziarski uśmiech natychmiast dodały Kayli otuchy. – Dziękuję ci, Tearodore, możesz odpocząć.
Wodny duch smutku rozpłynął się w powietrzu, a Rin wziął głęboki oddech. Wyobraził sobie potęgę wody, niszczącą siłę żywiołu – po czym skierował wzrok na fontannę. Cóż, musi mu to wystarczyć.
– Tsunami, wesprzyj nas!
Spirala wody znów wytrysnęła z fontanny, formując się we wdzięczną dziewczynkę, zadowoloną, że ją wezwano.
– Dokończ nasze dzieło! – zawołał Rin, na co Tsunami ochoczo wezwała ogromną falę i natarła na Anemone.
Fala ochlapała Rina i Kaylę stojących z boku, ale główna siła skupiła się na ich przeciwniczce, która spłynęła po placu wraz z wodą, a następnie zatrzymała się bezwiednie u ich stóp. Najwyraźniej straciła przytomność.
– Proszę, niech już będzie po wszystkim… – wychrypiał Rin, opadając bezwiednie w objęcia Kayli.
– Byłeś bardzo dzielny – oznajmiła, nieśmiało klepiąc go po ramieniu.
– Ty byłaś niesamowita – westchnął.
– Ech, n-nic takiego nie zrobiłam – zakłopotała się, nie wiedząc, jak przyjąć komplement. Nie pomagał fakt, że ciągle trzymała go w ramionach. – Ehym, p-pani Gim? Halo, słyszy nas pani? Moglibyście tu kogoś przysłać, zanim…
Nie dokończyła, bo wtedy bariera wokół nich zamigotała. Tuż przed nimi przez niewidzialną ścianę przedarły się dwie osoby – mężczyzna, w którym rozpoznali Heinera, oraz młoda kobieta z czarnymi, krótkimi włosami. Na żywo Heiner okazał się jeszcze bardziej barczysty niż na hologramie.
– Wybaczcie najmocniej, mieliśmy niemałe komplikacje – oświadczył głębokim głosem. – Min-su, podaj sprzęt, proszę.
Ciemnowłosa kobieta wręczyła mu pilot ze świecącymi przyciskami. Rin stanął na równe nogi.
– Co z nią zrobicie?
– Zeskanujemy i przywrócimy do świata wirtualnego – wyjaśniła Min-su. – Jak się czujecie, wszystko w porządku?
– A jak mielibyśmy się czuć po przymusowym wcieleniu się w bohaterskie postaci z gry? – zaśmiała się Kayla. – No oczywiście, że zabawa była przednia! A teraz proszę o nagrodę, apteczkę i kubek pokrzepiającej herbaty.
Heiner wycelował pilotem w nadal nieprzytomną Anemone, lecz wtedy bariera znów zamigotała. Tuż nad nimi rozległ się śmiech brzmiący jak zniekształcony, robotyczny głos.
Spojrzeli w górę i ujrzeli sylwetkę mężczyzny o metalicznej, szarej skórze, lazurowych włosach i oczach tej samej barwy, pozostawiających na chwilę smugę światła w powietrzu, gdy ruszył głową choćby o milimetr. Nie miały źrenic ani tęczówek. Z miejsc, gdzie powinien mieć uszy, wyrastały stożkowe zakończenia w kolorze jego skóry, lecz z lazurowymi i żółtymi akcentami. Miał na sobie czarny półgolf, czarne spodnie oraz wysokie buty, a na ramionach nosił ciemnoszary płaszcz z żółtymi wykończeniami. U dołu płaszcza gromadziły się lazurowe bryłki wyglądające zupełnie jak cząsteczki fluksflorytu.
Jedną z nich właśnie obracał w ręce, przyglądając się zgromadzonym z zaciekawieniem i szaleńczym uśmiechem.
– Wreszcie do mnie przyszliście.
Komentarze
Prześlij komentarz